• Menu
  • Menu

Pourlopowe refleksje Natalii

Zapach ściętego drzewa, smak jagód, ciepło promieni słonecznych na policzkach, dźwięk fal morskich po przebudzeniu, widok ostatniego wschodu słońca – wszystko to na długo zostanie w pamięci.

Nie zawsze były radość, uśmiech, entuzjazm, siła. Były też łzy, rezygnacja, złość, ból.

Niewiedza związana z tym, gdzie będziemy spać, ile kilometrów danego dnia pokonamy, jaka będzie droga, jakie widoki, jaka pogoda, co nas spotka, jakie będą nasze nastroje i motywacje, jakich ludzi spotkamy – wszystko to bardzo mnie ekscytowało. To nawet dziwne  i takie nietypowe dla mnie – myślę sobie teraz. Przecież lubię mieć wszystko zaplanowane, poukładane, mieć kontrolę nad tym, co się dzieje. Wtedy nie miałam!

Co mnie denerwowało?

Piesi poruszający się po ścieżkach rowerowych. Mało tego, jeszcze bardziej mnie irytowali, kiedy się oburzali, że dzwonię na nich.

Komunikat w telefonie: „Niski poziom baterii”.

Poranny deszcz! Chciałam wsiąść na rower i jechać. To nie, trzeba było czekać, aż przestanie i jeszcze dłużej… bo jak składać mokry namiot w błocie?

Jak zmieniłam przerzutki i coś mi skrzypiało, warczało. Później to opanowałam. 🙂

Brak oznaczeń drogi R10 na niektórych odcinkach. Jedziemy kilometr, dwa, trzy, nagle rozwidlenie dróg i nic… Zero oznaczeń. A następnie kilometr, dwa, trzy… a my nadal nie wiemy, czy jedziemy w dobrym kierunku.

Czasem Michał, jak mi się sprzeciwiał i chciał postawić na swoim. A przecież ja lubię „po mojemu”. I też mnie wkurzał, jak kazał mi jeść batony, a ja miałam już ich dość.

Co mnie zaskoczyło?

Spotkanie znajomych na ścieżce rowerowej, właściwie Michała znajomych, niemniej jednak było miło.

Nasze przygotowanie – nie zmagaliśmy się z żadnymi technicznymi problemami – wodoodporne sakwy i płaszcze pozwoliły nam jechać w deszczu, a w nieprzemakalnym namiocie przetrwaliśmy nie jedną burzę.

Rowery – mimo że nie z najwyższej półki zdały egzamin na 6!

Mój własny organizm, który podołał wyzwaniu (poza przeciążeniem kolana nic a nic mi nie dolegało).

Życzliwość spotkanych po drodze osób (na drodze, polu namiotowym, kwaterach).

Smak gofrów w Łebie (najlepsze, jakie kiedykolwiek jadłam). Serio, były świetne! Takie z owocami. W Świnoujściu takie nie były.

Funkcjonalność i przydatność nerki, którą kupiłam sobie w Mielnie (ładna, kolorowa – bardzo mi się spodobała).

Michał! A właściwie jego postawa. Bo mimo moich złośliwości, marudzenia, płaczu, chce, żebym została jego żoną.

Czego się bałam?

Chłopaka idącego drogą z „pistoletem”. Pojawił się nagle, nie wiadomo skąd, szedł poboczem i sobie strzelał… pistoletem na kulki. Zanim go minęliśmy, moje serce waliło jak… chyba nigdy!

Burzy – wyłączałam telefon, zamykałam oczy. Nie chciałam nic widzieć ani słyszeć.

Nocowania na plaży (nie żałuję, ale strach był niemały).

Rozpędzonej siebie z górki w lesie. Kamienie, szyszki, gałązki, piasek pod kołami.

Co bym zmieniła następnym razem?

Po pierwsze: następny raz na pewno będzie, już planuję kolejną trasę. Po drugie: naprawdę niewiele bym zmieniła.

Zabrałabym przednią mniejszą sakwę i więcej kolorowych T-shirtów (żeby być lepiej widoczna).

Namiot zastąpiłabym jakimiś kwaterami. Namiot jest super na biwakowanie, ale organizm po takim wysiłku lepiej regeneruje się nawet na średnio wygodnym łóżku. To wielka przenośnia, ale po zejściu z roweru jest czas na odpoczynek, a nie rozkładanie namiotu i całej reszty. I analogicznie rano: śniadanie i na rower, a nie składanie swojego „domku”, zarzucanie „na plecy” i w drogę. Poza tym mniejsze obciążenie na całej trasie. Mam porównanie i stąd ta refleksja.

Co jeszcze?

Najważniejsze! Odpoczęłam! Zapomniałam o wszystkim.

Kontakt z moim światem – rodziną, znajomymi – ograniczyłam do minimum. Nawet mało czytałam, choć swojego Kindle’a zabrałam. Ograniczyłam też picie kawy do jednej dziennie (z braku możliwości – oczywiście). Nawet miałam cichą nadzieję, że tak już zostanie, ale nic z tego – po powrocie nadrabiam. No cóż, bardzo lubię kawę. 🙂

Ale nie tylko kawę! Bardzo lubię swoje życie! I Michała, który pomógł mi zrealizować jedno z moich marzeń! Ale na tym nie koniec, lista marzeń i planów jest znacznie dłuższa.

Już na sam koniec: dziękuję wszystkim, którzy nas wspierali! Wszystkim, którzy popierali naszą inicjatywę, którzy dokonali wpłat, którzy pamiętali o nas w swojej modlitwie! Dziękuję!

Zbiórka charytatywna, którą zorganizowaliśmy, trwa do końca sierpnia. Łącznie uzbieraliśmy ponad 2,5 tys. zł.
N.


Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *